To było w lipcu

with Brak komentarzy

Poznać go przypadkiem, prawie niechcący. Z naciskiem na ‚prawie’ bo jednak chcenia trochę w tym było.

Zacząć rozmawiać i poczuć się, jak w domu. Wejść w tę rozmowę, jak w pewną idealnie pasującą oczywistość. Zachwycić się. Wielokrotnie. Zaciekawić, wzruszyć, śmiać się do utraty tchu, zasmucić, osłabnąć i nabrać sił.

Zmieniać proporcje. Z każdą godziną coraz mocniej i bardziej. Mniej starego życia, więcej nowego. Więcej, jeszcze więcej.

Zapomnieć o brudnych naczyniach, rachunkach, praniu w pralce do wywieszenia, salsie do odtańczenia, serialu do obejrzenia, ważnym spotkaniu. Zapomnieć z premedytacją. Nie chcieć wyjść z nowego świata nawet na chwilę. Jeść w biegu kanapkę. Z samym masłem. Bo przecież ‚zapomnieć też o zakupach’.

Schronić się w Nim. Trochę, jak w brzuchu mamy, trochę jak w męskich ramionach, trochę jak w rozmowie z najlepszą przyjaciółką.

Bezwiednie przechylać głowę na bok podczas rozmowy, na znak uległości i całkowitego poddania. Wewnętrznie zadrżeć, kiedy on niby niechcący dotknie Twojej szyi. Bo pomagał tylko założyć płaszcz i poprawiał trochę szalik bo ci się zawinął z tyłu, o tutaj tak, o tu o.

Iść na spacer i już drżeć na całego. Trochę z zimna, trochę ze stresu, trochę dlatego, że on jest tak blisko. Wahać się przez godzinę czy złapać go za rękę czy nie. Bać się go spłoszyć. I jeszcze odrzucenia się bać. Wiadomo.

Zorientować się o 5-tej, że już piąta. „Jezu, przecież mam projekt jutro do oddania. Ty też? To chodźmy już spać. To do jutra, tak? Do jutra.” I usłyszeć po chwili- „A wiesz co, a pamiętasz jak wtedy mówiłaś o tym…to zapomniałem ci powiedzieć, że..” I stać tak jeszcze pod domem dwie godziny i rozmawiać. Potem długo się tulić. O 8-ej postanowić, że naprawdę czas już do pracy. Resztką silnej woli wyrwać się z jego objęć i krzyknąć „to cześć!”.

Zrobić tę pracę szybko i niestety byle jak. Przeprosić w myślach swojego szefa.

Jechać do Niego pięć godzin wcześniej niż było zaplanowane. Wejść, zamknąć drzwi, zdjąć płaszcz i poczuć się jak podczas jedzenia najlepszej słodyczy na świecie.

Opowiadać o dzieciństwie, marzeniach, wspomnieniach, o tym co najbardziej bolało. Rozpaść się na kawałki i być pozbieraną znów w całość. Dzięki jego słowom, spojrzeniu, dotyku i ciepłu.

Rozczulić się słuchając o tym, jak było mu kiedyś ciężko i jak przemienił słabość w siłę. Przytulić go. Tak po ludzku. Jak człowiek człowieka.

I zostać do rana. Do tego rana za dwa dni. Niczego się nie bać, tylko odczuwać. Kochać się tak samo jak rozmawiać. W jakiejś idealnej czasoprzestrzeni.

Fruwać potem ponad chodnikami, 30 cm albo i więcej. Mieć energii tyle co nigdy, poczuć jak to doświadczenie i ta relacja cię zmienia. Jak piękniejesz w środku i na zewnątrz, jak puzzle wskakują na swoje miejsca, jak zapełniają się puste obszary. Jak coś się dopełnia, jak dojrzewasz do decyzji do których nie mogłaś dojrzeć miesiącami albo latami. Działać, biegać, kochać, żyć. Tak jak już dawno nie. Tak jak już prawie nie pamiętałaś, że można.

Milion razy czuć w ciągu dnia i nocy, że ci dobrze. Uśmiechać się do świata. Dodawać serduszka prawie do każdej swojej wypowiedzi na fejsie. A na pytanie zdziwionych przyjaciół o co chodzi, odpowiedzieć, że jesteś po prostu napełniona energią miłości. I śmiać się potem z nimi długo i głośno z tej natchnionej odpowiedzi.

A potem, po wielu miesiącach fruwania, któregoś dnia, chyba 14-go, kiedy już prawie nie rozmawiacie bo on jest zajęty, ma pracę, ważne projekty, raz zaspał, raz padł wcześnie zmęczony, raz chorował, a jeszcze innym razem przyjechał kuzyn do niego z daleka…leżeć na zimnych kafelkach w łazience i wyć.

Rozsypać się na kawałki i nie być pozbieraną. Spojrzeć w lustro i się przerazić – „Boże, jak ja wyglądam”. Zjeść kanapkę. Bez sera i masła. Nie mieć siły iść po zakupy.

Zadzwonić do przyjaciółki i powiedzieć jej – „Wiesz co? Byłam na terapii, warsztatach, przepracowałam dzieciństwo, ogarnęłam deficyty, zbudowałam zasoby, jestem świadoma i dojrzała i mimo to boli mnie tak, że nie wiem czy wytrzymam jeszcze choćby sekundę dłużej tego bólu.”

I usłyszeć od niej, że wie i rozumie i przytula i że tak właśnie działa miłość. Że to najpiękniejsza i jednocześnie najbardziej niszcząca część życia. Zagadka, tajemnica, coś trudnego do schwytania i nazwania, włożenia w ramy i zatrzymania. Bo miłość się wymyka. Wszystkiemu na co ma ochotę.

I jeszcze usłyszeć – „to minie…przecież wiesz…przecież nie pierwszy raz kochasz.” Zezłościć się na nią, że nic nie rozumie, że aż tak nie kochałaś nigdy! No dobrze, może jeszcze jeden raz. Ale poza tym nigdy.

Płakać potem jeszcze długo. I zadawać to pytanie na które nikt nie odpowiada. I na które nikt nie zna odpowiedzi. Dlaczego?

Zasypiać słuchając najsmutniejszej piosenki na świecie i powtarzać jak mantrę-wróć…proszę wróć…

A rano, budząc się bez niego i orientując się, że nie wrócił on wcale, chociaż prosiłaś całą sobą, przypomnieć sobie te słowa, że „to minie”. I trzymać się ich, jak ostatniej deski ratunku. To minie, to minie… A kiedy?