Jaki jest sposób na długi i szczęśliwy związek?

with Brak komentarzy
Sobotni wieczór. Spotkanie pięciu przyjaciółek. Ostatnia przychodzi Justyna. Bez zbędnych wstępów rzuca – „Złożyłam wczoraj pozew. To koniec.” Co?–wykrzykujemy jednocześnie.
Wiedziałyśmy oczywiście, że Justyna ma problemy w małżeństwie, ale wierzyłyśmy, że uda się je naprawić.
Tym samym, z nas pięciu–trzy nadal pozostają w szczęśliwych związkach, dwie to już singielki.

Kiedy dowiaduję się, że kolejnej parze się nie udało to z jednej strony czuję ulgę, że to nie ja jestem tym statystycznym co trzecim rozpadającym się małżeństwem (póki co, tfu tfu tfu) a z drugiej lęk, że i mnie może to spotkać.
Długo nie mogłam zasnąć tej nocy. Najpierw popłynęłam w katastroficznych wizjach, że my na pewno będziemy następni, że tak naprawdę nie ma szczęśliwych i trwałych(!) związków, że to wszystko loteria, że dlaczego niby ja mam być tą szczęściarą, której się uda, itd. itd.
Potem zaczęłam szukać rozwiązania, algorytmu na rozstanie, jakiegoś schematu, powtarzalności, czegoś co mogłabym napisać czerwonym flamastrem na kartce i powiesić na lodowce z adnotacją–tego nie robić nigdy (jeśli chcesz uratować swój związek).

Justyna i Krzysiek–zbyt daleko

Naprawdę świetna para (to była). Wykształceni, świadomi, dojrzali. Związek partnerski, z podziałem obowiązków, wspólną i osobną przestrzenią. Bez kontroli, smyczy. Ideał (niby).
Pamiętam jak Justyna zwierzyła mi się kiedyś – ‚Wiesz, jak coraz częściej się czuję?’ Jak?–zapytałam. ‚Jakbym mieszkała z super świetnym współlokatorem, rozumiesz? Super świetny ale jednak współlokator. Świetnie dzielimy się obowiązkami, oboje kochamy naszą rodzinę, dzieci. Fajnie nam się rozmawia przy kolacji (o tym co w pracy, z dziećmi, w tv, u znajomych), seks w zasadzie fajny, raz w miesiącu wychodzimy sami, jest ok. Tylko, że to wszystko tak ‚po powierzchni’ bo nie pamiętam już kiedy rozmawialiśmy tak otwarcie jak kiedyś. Coraz częściej łapię się na tym, że wstydzę się powiedzieć Krzyśkowi o swoich lękach, wątpliwościach, o tym co czuję. Właściwie przestałam mu się zwierzać. Gdzie jest nasza więź? Ta, która sprawiała, że mówiliśmy sobie o wszystkim?’

Łatwo nam się zgubić w codzienności. Mieszkanie razem daje iluzję bliskości. No przecież jesteśmy razem! Codziennie! W tej codzienności jest wszystko-skupienie na dziecku (odwożenie, przywożenie, zabawy, zajęcia), praca, rachunki, sklepy, urodziny matki, ślub przyjaciół, remont domu. Ale często nie ma już więzi. Pielęgnowanie bliskości i dbanie o jakość relacji znajdują się w zbiorze rzeczy ważnych ale nie pilnych, stąd często zdarza nam się odkładać to na potem. Potem, którego nigdy nie ma. ‚Randka z mężem? Ale po co? Przecież ja z nim codziennie jem kolację’. Co z tego, że przy włączonym telewizorze, z dziećmi biegającymi wokół stołu, z dzwoniącą przyjaciółką w sprawie spotkania. To co tracimy w tej codziennej bieganinie to uważność na partnera a bez niej nie da się stworzyć dobrego związku. Uważność to coś co pozwala słuchać i słyszeć, patrzeć i widzieć, dotykać i czuć. Być z kimś naprawdę blisko w 100%. To fundament relacji bez którego wszystko zaczyna się chwiać. Silna i bliska więź sprawia, że mamy poczucie przynależności i czerpiemy z relacji jeszcze więcej radości i satysfakcji.

Miłosny związek jest wyjątkowy i szczególny bo łączy ludzi na trzech poziomach-głowy, serca i ciała. O tym mówi właśnie definicja, że na miłość składają się: zaangażowanie, intymność i namiętność. Gdy któregoś składnika zaczyna brakować szukamy go poza relacją. Świadomie czy nie–jest w nas tęsknota, żeby ten brak wypełnić. A nawet jeśli nie szukamy, to mamy wrażenie niepełności takiego związku. Niepełności, która powoli odbiera sens.

U Justyny próby przywracania więzi trwały prawie dwa lata.
Próby rozmowy, dłuższej i głębszej. Bez skracania myśli i stawiania na rozumienie się bez słów (atrybut par, które się tak dobrze znają i kochają). Justyna właśnie dla odmiany chciała mówić. Mówić i słuchać. Znów czuć, że mówią do siebie o ważnych dla siebie sprawach.
Któregoś dnia szefowa poprosiła Justynę na rozmowę. Zapytała co się dzieje bo widzi, że od dłuższego czasu jest przygnębiona. Czy ma jakiś problem, czy można jakoś jej pomóc.
Justyna rozpłakała się. Zdała sobie sprawę, że jej ukochany mąż, ojciec jej dzieci, kiedyś przyjaciel, ktoś najbliższy na świecie, ktoś z kim, parafrazując Nosowską, co noc pod kołdrą styka się udami, nie zauważył smutku, który towarzyszył jej od miesięcy. Dlaczego do cholery? Pytał ją czy ma czas pojechać do serwisu samochodowego, czy ogarnie kupno prezentu urodzinowego dla wspólnego przyjaciela albo czy w środę odbierze małą ze szkoły bo on jednak nie będzie mógł. Ale nie zapytał-dlaczego ma smutne oczy i dlaczego nie śmieje się już jak kiedyś.

Kolejna próba, kolejne rozmowy, kolejne porażki. Jej mąż jakby zapomniał jak było, nie rozumiał o co jej chodzi a może po prostu nie potrzebował już tej więzi, która dla niej wciąż była bardzo ważna?
Justyna miała dość bycia z kimś kto z dnia na dzień stawał się jej coraz bardziej obcy. Postanowiła odejść.


Asia i Paweł–za blisko

Kilka lat temu rozwodziła się Asia.
Asia długo była singielką, nie mogla znaleźć faceta. Korzystała więc z przeróżnych rad. ‚Wyjdź do ludzi, zapisz się na mandaryński, jedź na spływ kajakowy, a może skałki?’ Chodziła więc, jeździła, zdobywała szczyty (póki co górskie). W końcu bach! Jest on. Poznali się przez kolegę od kajaków. Była impreza, Asia zachwycona, Paweł oczarowany. Od tej imprezy właściwie już się nie rozstawali. Typowy piorun sycylijski. Albo wielkie pragnienie, żeby to był piorun–która wersja jest bliższa prawdy wie tylko Asia.
Na początku wiadomo, pełna symbioza. Rozmowy i seks. W każdej wolnej chwili. Seks i rozmowy. Przerwa tylko na pracę i jakieś inne, mało sensowne w tym momencie obowiązki.
Naturalny etap związku więc wszystkie spokojnie czekałyśmy aż minie a my odzyskamy przyjaciółkę.
Kłopot polegał na tym, że powrotu nie było. Asia była już tylko dziewczyną Pawła, potem żoną. Przestała wyjeżdżać, wychodzić. Tzn. wychodzili ale tylko wspólnie. Nie, Paweł niczego jej nie zabraniał. Po prostu ona była tak szczęśliwa, że niczego więcej do szczęścia nie potrzebowała. Asia już nie była Asia, ona była ‚my’ czyli ona i Paweł.
‚My tez pozdrawiamy’ (pod zdjęciem znajomej Asi na FB), ‚Koncert w piątek? Zaraz. Paweł? Mamy ochotę na koncert Bisquit w piętek?’, ‚Sorry, nie wpadnę na spotkanie bo Paweł nie ma ochoty dziś nigdzie wychodzić’
Wiadomo, że dobry związek charakteryzuje się tym, że ludzie myślą i mówią też ‚my’. Ale nie cały czas!
Efekt nieustającego ‚my’ był taki, że po 3 latach Paweł znalazł sobie kochankę. Miał już dość bycia ‚my’. Pewnie, mógł użyć jakiejś innej formy ekspresji do zamanifestowania swojego ‚mam dość’ ale abstrahując teraz od tego mało dojrzałego kroku, to tak skończyło się ich ‚my’.
Bardzo lubiłam Pawła, nie był to typ bezrefleksyjnego samca, który zdradza ot tak. Zapytałam go kiedyś czy nie dało się inaczej? Długo milczał. Po czym odpowiedział’–Za późno się zorientowałem, jak bardzo nie cierpię tego ‚my’. Bycie w tej drugiej relacji w której byłem ‚ja’ było tak kuszące, tak bardzo trafiało w coś czegoś pragnąłem, że nie umiałem a może nie chciałem się zatrzymać. Powinienem wcześniej dać znać, że potrzebuję innej formuły związku. I to był mój błąd’.

Kiedy wchodzimy w bliską relację, poznajemy tę nową dla nas osobę i jesteśmy jej tak bardzo głodni i ciekawi-pamiętajmy, że to tylko etap. To nie może być pomysł na cały ten związek a związek z kolei nie może być jedynym pomysłem na całe nasze życie.
Kochanie przez wiele lat tego samego człowieka to nie lada sztuka. Nasz mózg szybko przyzwyczaja się do dobrych rzeczy traktując je po niedługim czasie jako normę. Na początku jesteśmy więc zachwyceni stabilizacją i poczuciem bezpieczeństwa, jakie daje nam stały związek ale po jakimś czasie to przestaje nam wystarczać. Chcemy nowości, zmiany, złamania schematu. Zamiast szukać tych rzeczy poza związkiem spróbujmy zorganizować to sobie w relacji.
Esther Perel, belgijska psychoterapeutka, autorka książki „Inteligencja erotyczna. Seks ,kłamstwa i domowe pielesze”, chcąc zgłębić tajemnicę dobrego (wciąż dobrego) seksu w długoletnich związkach, zapytała ludzi z ponad 20 krajów, kiedy czują pożądanie do partnera. Pożądanie nie tylko stricte seksualne ale pożądanie, jako pragnienie kogoś, ten stan kiedy ktoś cię tak bardzo kręci i fascynuje i chcesz z nim wszystko;)
U odpytywanych najczęściej pojawiały się trzy odpowiedzi:

Po pierwsze–oddalenie i tęsknota

Oddalenie dzięki, któremu można zatęsknić. Uruchomić wyobraźnię, chcieć kogoś kogo na ten moment nie ma blisko a potem skonsumować z jeszcze większą namiętnością. Nie trzeba do tego nigdzie wyjeżdżać (chociaż oczywiście można, dlaczego by nie jechać z przyjaciółkami na weekend?). Chodzi o to, żeby pozwolić sobie na naturalne odpływy w relacji. Posiadanie swojej odrębności zamiast bycia przyklejonym do męża (i analogicznie do żony oczywiście).

Po drugie–partner, który ma pasję

Widok ukochanego, który oddaje się czemuś bez reszty działa niezwykle pociągająco. Pasja daje nam energię i siłę, sprawia, że oczy nam błyszczą a my czujemy się szczęśliwi. Partner, który ma swój świat, swoje osiągnięcia, kolejne cele i je realizuje jest bardziej interesujący od tego, który większość czasu spędza w fotelu. Oczywistości;)

Po trzecie–śmiech i zaskakiwanie

Śmiech koloruje rzeczywistość, wspólny tym bardziej;) Mówi się-kobieta rozbawiona to kobieta zdobyta a mężczyźni też wymieniają poczucie humoru partnerki, jako coś niezwykle cennego. Plus niepoddawanie się codziennej rutynie. Zaskakiwanie rozumiane, jako choćby drobne niespodzianki dla ukochanego, spontaniczny pomysł co można zrobić w weekend ale też zaskakiwanie wynikające z faktu, że dając samym sobie przestrzeń do rozwoju, ewoluujemy i możemy być dla naszego partnera inspiracją.

To właśnie trzy najczęstsze odpowiedzi na pytanie-kiedy kogoś pożądamy i kiedy chcemy być z kimś blisko. Nie tylko w łóżku.
W stałych związkach gra wstępna trwa właściwie cały czas. I zarówno w tej grze jak i w seksie widać jakość naszej relacji. To czy jest nam ze sobą dobrze(w łóżku i poza) to wypadkowa tego czy wciąż się kochamy, jak się do siebie zwracamy, czy się szanujemy, czy mamy poczucie sprawiedliwości, choćby w podziale praw i obowiązków i przede wszystkim czy ten człowiek z którym mieszkam wciąż mnie fascynuje i jest dla mnie ciekawy. Po prostu jako człowiek.
Nie można być dla partnera ani wyzwaniem ani kimś interesującym, kiedy nie ma się nic swojego. Kiedy nie realizuje się swojego potencjału, nie ma się swoich spraw, zainteresowań. Kiedy ludzie stają się dla siebie już tak znani, przewidywalni i oczywiści, że aż nudni, zaczyna się uciekanie. W komputer, Facebooka, pracę, przyjaciół, alkohol, kochankę lub kochanka.
Dbanie o siebie to też dbanie o związek. Im lepiej czujemy się ze sobą tym więcej dobrego wnosimy do relacji. Każdy z nas ma w sobie wiele talentów, pragnień, możliwości rozwoju. Odkrywanie ich i podążanie za nimi sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi i atrakcyjniejsi dla innych.
Trwały i dobry związek to trudna ale i niezwykle fascynująca podróż. Balansowanie gdzieś pomiędzy bliskością a odrębnością, byciem przyjacielem a kimś kogo wciąż trzeba zdobywać bo nie jest dany raz na zawsze. Jeśli trafiłyście na TEGO faceta to warto się postarać (oczywiście wspólnie) i zwiększyć swoje szanse, żeby spełniły się marzenia o byciu razem na zawsze. Powodzenia!